niedziela, 6 stycznia 2013

Gomasio - zdrowe solenie

Solicie? No ba! A my właśnie wkręcamy się w coś nowego. Gomasio. Sól uprażona z ziarnami sezamu.
Nie tylko brzmi kusząco, ale pachnie apetycznie i ma przyjemny słono - gorzki, orzechowy smak. I leży naprawdę daleko od zwykłego chlorku sodu, tego z soli stołowej - produktu rafinowanego, pozbawionego wartości odżywczych i bardzo szkodliwego.


Gomasio można kupić, ale też z łatwością przygotować sobie w domu. 
A dlaczego warto?
- w medycynie wschodniej sezam zalecany jest na problemy z układem pokarmowym, ma lekkie działanie przeczyszczające
- zawiera bardzo dużo wysokonienasyconych kwasów tłuszczowych
- gomasio nie powoduje pragnienia
- wzmaga wydzielanie soków żołądkowych
- stymuluje metabolizm
- regeneruje florę bakteryjną jelit
- neutralizuje działanie cukru i słodyczy na organizm (w szczególności na autonomiczny układ nerwowy)
- sól w tej postaci wpływa dodatnio na alkalizację krwi (odkwasza organizm)
- w medycynie Wschodu jego działanie określa się jako jangizujące, objawiające się obkurczaniem komórek, tkanek i narządów, przez co stają się silniejsze, masywniejsze, o bardziej zwartej konsystencji
- równoważy i harmonizuje pracę organizmu, wzmacnia go
- hamuje przedwczesne starzenie (dzięki zawartości sesamolu i sesamiliny jest naturalnym przeciwutleniaczem)
- sezam zawiera wyjątkowo dużo wapnia (ponad 1000mg/100g, gdy mleko zawiera go 118mg, jajko kurze 65mg), witamin A, E i z grupy B, cynku, fosforu, magnezu, żelaza, potasu, zawartość białka zbliżona jest do białka kurzego
- sezam jest źródłem lecytyny, wzmaga koncentrację i wspomaga proces uczenia się
- zrobienie gomasio nie zabiera dużo czasu, możemy sami regulować proporcje oraz jest tanie


Sposób przygotowania:
Do gomasio używamy naturalnej soli (morskiej liub kamiennej) oraz ziaren sezamu. Istotne są proporcje, których dobór zależy od pory roku, pogody, temperatury, wieku, stanu zdrowia, aktywności.
Lato: przedział w proporcji sól: sezam od 1:12 do 1:16 (ponieważ przeważają wysokie temperatury - pierwiastek jang)
Jesień i zima: od 1:8 do 1:10 (przewaga zimna - pierwiastka jin)

Składniki prażymy na patelni (średni ogień) pod przykryciem, często mieszając drewnianą łopatką. Przyprawa będzie gotowa, gdy sezam nabierze złotego koloru i zacznie wydawać przyjemny zapach, a sól zmieni kolor na lekko żółtawy (tego efektu nie udało mi się osiągnąć, za to raz w oczekiwaniu nań spaliłam sezam :-) )
Studzimy.
Mielimy lub ucieramy - dużą ilość, np. z 3 łyżek soli, w malakserze, mniejszą, z 1 łyżki ucieramy w moździerzu tak, aby sól pokryła się olejem z sezamu a ziarna zostały w połowie starte na pył. Uważamy, by nie zetrzeć całości ziarenek, bo zrobimy wtedy pastę ze względu na dużą zawartość tłuszczu w sezamie.

Stosujemy jako posypkę wszędzie tam, gdzie należy używać soli.
Spożywamy w ciągu 8-10 dni.

Źródła:

środa, 2 stycznia 2013

Majonez awaryjny

Majonez awaryjny, zwany także alioli, jest uroczym substytutem tej pysznej substancji, a najczęściej używany jest jako dip. 
Robi się go w minutę, co jest również wspaniałe :-)

Składniki:
- 1 jajko (tak, tak, całe)
- 1 filiżanka oleju (słonecznikowy smakowo komponuje się dobrze)
- 1 łyżeczka soli (najlepiej morskiej)
- 1 łyżeczka czosnku sproszkowanego lub 1 ząbek
- 1 łyżeczka soku z cytryny

Zmiksować, podać, zjeść. Jedyne, o czym należy pamiętać to to, by w pierwszej fazie miksowania, które potrwa w sumie kilkanaście sekund, przykryć żółtko mikserowym wiertełkiem. O, tak, jak jest to pokazane na filmie:



niedziela, 30 grudnia 2012

Francuskie ciasto czekoladowe

... czyli zakalec kontrolowany :-)

Składniki:
  • 4 jajka
  • 100ml cukru
  • 200g ciemnej czekolady
  • 200g masła
  • 100ml mąki
Sposób przygotowania:
Jajka ubić wraz z cukrem na biało. Czekoladę rozpuścić w rondelku z masłem (najlepiej w kąpieli wodnej), lekko wystudzić i dodać do jajek, po wymieszaniu wsypać mąkę i znowu wymieszać. Następnie przełożyć do niewielkiej tortownicy (np. 22cm) lub naczynia do tarty. Piec 30 minut w 150 stopniach, na dnie piekarnika można położyć żaroodporne naczynie z wodą. Ciasto ma wyraźnie oddzieloną skórkę i miąższ, charakteryzujący się sporą lepkością :-)

piątek, 23 listopada 2012

Potrawa na chłodne dni, czyli ciecierzyca inaczej

Ach, pyszności... 
Przepis na 4-5 osób lub dwa dni. Przepis dość szybki i wyjątkowo nieskomplikowany, o ile nie brać pod uwagę namaczania i gotowania ciecierzycy, na co mimo wszystko namawiam. Gotowa, z puszki, pomijając składniki odżywcze, to po prostu nie to smakowo.

Składniki:

  • 700g ugotowanej i odsączonej ciecierzycy
  • 3 średnie marchewki
  • 1 cebula
  • pół pora
  • 3cm świeżego imbiru
  • 5 ząbków czosnku
  • 3 łyżki stołowe curry
  • puszka mleka kokosowego
  • 2 puszki pomidorów (choć lepiej ze względów zdrowotnych kupowac pomidory w słoikach lub kartonikach, żeby nie miały kontaktu z metalem)
  • sól, pieprz
Sposób przygotowania:
Pokroić marchew, por, posiekać cebulę. Rozgrzać olej w dużym garnku lub na sporej patelni. Na rozgrzany olej wrzucić cebulę, por i marchew, przesmażyć chwilę, dołożyć ciecierzycę. Potrawa wymaga największego ognia przez 10 minut. Gdy całość smakowicie pyrka, trzemy imbir na małych oczkach tarki, przeciskamy czosnek przez praskę i dodajemy je wraz z curry, pamiętając jednocześnie o mieszaniu jedzonka. Po 10 minutach wlewamy mleko kokosowe i dodajemy pomidory. Solimy i pieprzymy.
Podajemy z ryżem.

Ja nie używam kostek rosołowych, ale w oryginalnym przepisie był i ten dodatek.

czwartek, 15 listopada 2012

Batikowa pawiosowa

Ostatnio miałam okazję zacząć uczyć się czegoś zupełnie nowego. Batik, bo o tym mowa, chyba mnie już wciągnął, a to dopiero próba!
Myślałam, zaczynając zabawę, że będę sobie jedynia maziała po płótnie, by zobaczyć, jak farba zachowuje się na tkaninie, jak mieszać kolory i oswajać się z nakładaniem wosku. W kilka godzin jednak powastało coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Zdjęcia komórkowe... Przepraszam za jakość. Nie wpadłam na to, że będzie co fotografować.

Po naciągnięciu tkaniny zaczęłam zwyczajnie bawić się kolorami, zacieki powstały w wyniku posypania dzieła solą w grudkach.
Potem zrobiłam szkic ołówkiem na papierze, który poprawiłam, obwodząc grubym markerem. Papier podłożyłam pod materiał i odrysowałam sowopawia znowu ołówkiem wprost na tkaninie, dokonując przedziwnych wygibasów przy oknie, którego parapet był dla mnie za niski. Chodziło naturalnie o to, by słońce przeświecało przez bibułę i tkaninę i uwidoczniło linie markera. Do tego celu można wykorzystać także lampę.

Gotowy szkic

Następnie odpowiednie pola powlekałam warstwą gorącego wosku.

Woskowe wypełnienia

Kolejny etap to zamalowanie tła i ptaszyska. Pracowałam z farbami w kolorach: białym, żółtym, czerwornym, niebieskim i czarnym, więc uzyskanie odpowiedniego odcienia brązu było nie lada wyzwaniem.


Jak widać farba pokryła też częśś pomalowaną woskiem, co należy w miarę dokładnie zetrzeć zanim jeszcze zaschnie.


Następnego dnia prasowałyśmy tkaninę ciepłym żelazkiem przez papier, by pozbyć się wosku i wydobyć pierwszą warstwę kolorów. Ponieważ wosk zostawia tłustą obwódkę, tkaninę wrzuciłam do szybkowara na sitko i pozostawiłam pod wpływem pary wodnej na pół godziny, a następnie wyprałam swoje dzieło w ciepłej wodzie z dodatkiem mydła. Zamiast szybkowara można użyć także garnka z gotującą wodą i durszlaka.

piątek, 12 października 2012

Wełna

Bardzo tematycznie się złożyło, bo dokładnie po spędzie owiec (i jeszcze kilka słów z innej perspektywy) odkryłam sklep, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Trzeba było to uczcić. Wróciłam zatem do domu z niewielką torebką z nowym "towarem". Będzie z niego komin. W ostateczności czapka... Chyba że plany się zmienią. Czyż nie jest piękna?
 A tu coś, czego nie mogę skończyć. Chyba kolory mnie przestały bawić w tym zestawieniu... A szkoda, bo zabieranie się do szydełkowania ze słownikiem to było coś! :-)
Kocyk z tych gryzących, bo to tutejsza, owcza wełna. Ma świetne kolory i jest nieregularna, czasem można nawet znaleźć źdźbło słomy w motku, co zawsze wywołuje mój usmiech. 

sobota, 22 września 2012

Plokkfiskur, czyli zadziwiająco smaczne danie z ryby

Zdjecie zdjęcia z mojej książki kucharskiej :-)
Plokkfiskur to tutejsze tradycyjne danie. Wywodzi się z dawnych czasów, gdy ryba była podstawowym daniem i gospodynie, zaradne kobiety Wikingów, musiały wymyslić sposób na to, by poradzić sobie z dużą ilością obiadowych resztek z rybą w roli głównej. Pomijam już to, jak bardzo musiały się biedaczki gimnastykować, wymyślając dania z takiej ilości ryb... Jeszcze do niedawna ryby jadało się przez 6 dni w tygodniu. W niedziele na stołach królowała jagnięcina, dla odmiany.
Wygląd potrawy jest, oględnie mówiąc kontrowersyjny, jako że jest to puree rybno - ziemniaczane z przyprawami, podawane na ciemnym, słodkawym chlebie. Za to smak... Polecam!
Jak dotąd poznałam dwa sposoby jej podania, przedstawię oba.

Składniki:
  • 500-600g gotowanej ryby o białym mięsie (łupacz, dorsz)
  • 500-600g gotowanych, obranych ziemniaków
  • cebula
  • 350ml mleka
  • 50g masła
  • 3 łyżeczki mąki
  • pieprz, sól
  • szczypiorek
Sposób przygotowania:
Rybę pozbawić ości i pokruszyć na drobne kawałki. Pokroić lub rozgnieść ziemniaki, drobno posiekać cebulę. Mleko mocno podgrzać w rondlu (nie gotować). Na patelni rozgrzać masło i zeszklić cebulę, podsypać mąką i dobrze zamieszać. Przesmażyć tak powstałą zasmażkę, a nastepnie stopniowo dodawać mleko, mieszając całość, podgotować przez ok. 5 minut. Dodać rybę i ziemniaki, a także sól i pieprz. Gotować na wolnym ogniu, aż całość dobrze sie połączy i rozgrzeje.

Potrawę podawać posypaną posiekanym szczypiorkiem, tubylcy jedzą ją na ciemnym chlebie z masłem. Myslę, że w Polsce chętnie zjadłabym ją na pumperniklu, albo ewentualnie na jakimś pysznym, razowym chlebie na zakwasie.

Sposób drugi tym różni sie od pierwszego, że do potrawy dodana jest jedna z ulubionych tu przypraw - curry - przemycona w sosie. Pasuje doskonale do białej ryby. Curry dodajemy do powstającego sosu na bazie zasmażki na cebuli i mleka, które możemy zastąpić wodą. Całość można przełożyć do naczynia żaroodpornego i zapiec ze startym żółtym serem na wierzchu.

Na koniec jeszcze kilka słów o tej z pozoru nieistotnej części opisywanego dania, a mianowicie chlebie. Nazywa sie on rúgbrauð. Tłumaczenie angielskie to thunder bread, na cześć istotnego efektu ubocznego spożycia tego ciemnego, zwartego chleba bez wyraźnie odznaczonej skórki. Jest on przygotowywany w niezwykle ciekawy sposób, a mianowicie gotowany w garnku. I teraz hit: garnek ten zakopuje sie w ciepłej ziemi, najlepiej w pobliżu jakiegoś gorącego źródła. Proste, prawda? "Ugotowanie" takiego chleba trwa około doby. Znajoma znajomej używa do jego zrobienia kartonu po mleku, dzięki czemu uzyskuje piękny, prostopadłościenny bochenek. A tu link do przepisu dla zainteresowanych: rúgbrauð.